Rano nie padało, asfalt za oknem jakby zaczął przesychać więc wychodzę. Pierwsze wrażenie nieprzyjemne, wilgotno i wietrznie. Myślałem, że wrócę po 3 km ale jakoś się przemogłem i potem już poszło. Do Rogoźnika, chyba najkrótszą drogą Szarlej, os. Wieczorka, Józefka, Dobieszowice, Rogoźnik.
Ponieważ deszcz nie nadchodził (tylko chwilami śnieg), pojechałem dalej Góra Siewierska, Twardowice, Nowa Wieś i Mierzęcice. Ominąłem teren poligonu i trafiłem na stary wapiennik.
Od Zendka "przejechałem" przez las w stronę Ożarowic i to był najgorszy odcinek. Jakaś maszyna na oponach szerokości ~ 0,8 m przejechała przez podmokły teren nad Brynicą tworząc z leśnej ścieżki tor przeszkód. Na końcu w nagrodę mogłem obejrzeć "szkodnika"
Dalej standart: Brynica, Chechło przez las i asfaltem przez Orzech i Radzionków. Byłby fajna wycieczka gdyby nie tytułowy "czad", stężenie dymów w powietrzu przekraczało wszelkie normy :(
Po porannym śniegu, bardziej miałem ochotę wyskoczyć na narty niż na rower. Ale krótki spacer do sklepu przekonał mnie, że rower będzie lepszym wyjściem. +1, zero wiatru i lekko zaczęło przebłyskiwać słońce. Pojechałem w stronę Miechowic dalej przez hałdę do os. Młodego Górnika, Mikulczyce, Szałsza potem czarnym rowerowym do szybu "Maciej". Maciejów, Sośnica i do centrum Gliwic. Dawno Gliwice nie sprawiły na mnie tak pozytywnego wrażenia. Mały ruch na drogach, pieszych też niewielu można było podziwiać starą zabudowę. Z powrotem prawie tą sama drogą
Do znajomych na herbatę. Nowy wariant, trochę nowych ścieżek. Np. z Mikulczyc do Czekanowa gdzie znalazłem zniszczoną kapliczkę. Ufundowana (chyba, bo nie mogłem odczytać pierwszego słowa) przez Agnes von Raczeck, w 1871 r.
+4 i słońce, nie jest to może wymarzona pogoda, ale było super. Dopiero kiedy słońce się schowało, zrobiło się trochę chłodno. Szombierki, Bobrek, Miechowice, Segiet, Tarnowskie Góry, Sowice, Tłuczykąt, Miasteczko Śl., zalew Chechło, zalew Świerklaniec, os. Wieczorka, Szarlej.
Jeżdżę, żeby się trochę poruszać. Głównie wokół Bytomia. Staram się unikać asfaltu (kiedy kupiłem szosę, to już trochę nie aktualne). Kierunek wycieczki wybieram w zasadzie w ostatniej chwili, kiedy już siedzę na rowerze. Jadę gdzie oczy poniosą, a punkt nawrotu wyznacza moja kondycja i pogoda.