Czerwonym do schroniska pod Równicą rower właściwie został wniesiony. Na szczyt Równicy, wepchnięty. Na Orłową też więcej było marszu jak jazdy. Dalej było lepiej, ale nie obyło się bez schodzenia z siodełka. Przynajmniej zjazdy zaliczone w całości. Na asfalcie z Czarnego na Kubalonkę musiałem niestety zrobić dwa krótkie przystanki. Potem było już tylko z górki. Wycieczka fajna, ale chyba na jakiś czas góry sobie odpuszczę. A może nie.
Podbudowany moją dobrą kondycją na serpentynach, wybralem się na lajtową wycieczkę do Budvy. Wybrałem boczną drogę zboczem góry, przez wsie. Wszystko było w porządku dopóki nie zacząłem zjeżdżać do miasta, wtedy wiedziałem, że powrót nie będzie łatwy.
Wymyśliłem sobie na mapie takie wyzwanie, z poziomu morza na 900 m. Myślałem, że to będzie katorga, a okazało się nie takie trudne. Cały podjazd do Gorazdy i jaskini to 30 km. Niestety widoki przeslanialy chmury, a na szczycie złapała mnie burza. A chciałem jeszcze kawałek podjechać. Na osłodę w drodze powrotnej podjechałem do fortu Trojica, jeszcze chyba niedawno rezydowało w nim wojsko, bo nie zdążyli posprzatać w magazynie.
Łażenie po Plitwickich Jeziorach w deszczu wymagało odreagowania. Na szczęście po południu się rozpogodziło. Wystarczyło czasu na jazdę godzinną w jedną stronę i powrót. Trochę po remontowanej drodze, ale większość po nowym asfalcie.
Po całym dniu w samochodzie' trzeba było się trochę rozruszać. Asfaltem, doliną rzeki, trochę nudno. Dla urozmaicenia jeden podjazd do stacji kolejowej. To się nazywa mieć daleko na pociąg :-)
Jeżdżę, żeby się trochę poruszać. Głównie wokół Bytomia. Staram się unikać asfaltu (kiedy kupiłem szosę, to już trochę nie aktualne). Kierunek wycieczki wybieram w zasadzie w ostatniej chwili, kiedy już siedzę na rowerze. Jadę gdzie oczy poniosą, a punkt nawrotu wyznacza moja kondycja i pogoda.